Sunday, August 27, 2006

I znow Damaszek

Kochani i reszto,

Dzis przytluklem sie po petelce bliskowschodniej prosto z Bejrutu.
Wrocilem do Damaszku i bez dwoch zdan jest to, z tych ktore widzialem, najfajniejsze miasto bliskiego wschodu.

W skrocie trasa -- Z Hamy wyruszylem z pechem, zakupione wieczorem sniadanie zdazylo sie zepsuc do rana, zostalem okradziony w sklepie na 150 smieciuchow (3$), musialem przetluc sie pol godzini w kucki z plecakiem przez Homs. Ale oplacilo sie, juz o 11 zasuwalem po ruinach w Palmyrze. Tam spotkalem najbrzydsza kobiete na swiecie (szkielet slowaczki) i 5 polakow. Ze szkieletem przejechalem sie az do Dura Europos, nie tak znowu daleko Iraku, skad przejechalismy do Raqqi i hardcore'owo spalismy na placu pod budowe nad Eufratem. Nastepny dzien -- przysypane piachem miasto Rasafa, gdzies z 2 wieku. Tam -- oczywiscie -- spotykamy wycieczke z Polski. Zabieraja nas tam, gdzie chcielismy dojechac stopem a pewnie nigdy bysmy tak nie dojechali -- pod zamek Jabbar, wystajacy z ogromnego jeziora Al-assad (od nazwiska prezydenta, ktory postanowil radosnie zalac kawal swojego kraju stawiajac tame na Eufracie). Tam cudowna kapiel i niezbyt wygodny nocleg na skalach smaganych wiatrem i falami (na ladzie skorpiony, na skalach tylko mrowki).
Potem Aleppo, Tartus i do Libanu.

Tripolis jest sliczny. Zwiedzajac go spotykam wielkiego podroznika, Ian'a Scotta, 70+ krajow, 2 zony, mnostwo orientalnych kochanek. 53 lata. Swietny gosc. Kandydat na idola dla drecha. Piwko w Byblos i nastepnego dnia cedry. Nastepnie ruszam do Bejrutu objazdami. Miasto wyludnione, surrealistyczne, chaotyczna architektura, prawie schizofreniczna. Warszawa podniesiona do jakiejs absurdalnej potegi + palmy gratis.

Okorpne

Po nocy w obskurnym pensionacie (prawie kompletnie pustym) ruszam do Beidettine, obejrzec palac ostaniego Emira. Jestem pierwszym turysta od wojny, i jako taki zostaje oprowadzony za friko przez podstarzalego, libanskiego pedalskiego przewodniga. Potem stop przez gory az do autostrady, Zahle, ktore takze wyglada jak miasto duchow (niedziela, a to chrzescijanie, i.. wszyscy gdzies wyjechali?) i Damaszek. Szawarma i Airan na obiad i jestem w domu.

Jest tez nowy plan powrotu, dosc sensowny. Siedze do niedzieli w Damaszku i ruszamy we trzech Kapadocja-Stambul-Odessa-Wilno-Rzeszow. Bedzie dobrze :D



1 comment:

Marcin Koziej said...

Ah, i jeszcze ostatni request o adresy -- druga i ostatnia seria kartek sie zbliza..