
Z Hamy zrobilem srednio ciekawa wycieczke do Afamii, w ktorej sa rzymskie ruiny..tj. kamienie kamienie kolumny kolumny. I tak przez 2 km. Dzien uratowalo zaproszenie mnie i pary irlandczykow z ktora bylem do domu Syryjczyka i pojenie nas kawa i tuczenie winogronami, a potem podwozka motorem 5km do sasiedniego miasta (na mikrobus, zaznaczam ze byla nas trojka + kierowca :)
Duzo lepiej bylo dzis.
Wybralem sie najpierw do martwych miast -- dwoma serveesami i podwozka motorem znalazlem sie na kompletnym zadupiu -- wzgorza, kamienie, rachityczne drzewka, nic wiecej. No i ruiny miasteczek z czasow bizantyjskich. Gosc wysadzil mnie przed pierwszym z nich, a do glownego (najbardziej znanego) mialem dojsc 0.5km. No i szedlem. szedlem, cieszac sie tegim syryjskim poludniowym sloncem :) Szedlem tak chyba z godzine, to musialo byc arabskie 0.5km... Nie spotkalem po drodze zywego ducha.
Na miejscu obzarlem sie fig, zerknalem na miasto i wrocilem kawalek busikiem wycieczki z holandii. Potem dwa stopy, taksa ludzi wracajacych z hotelu w ktorym spie (niezly przypadek trafic na nich lapiac stopa) Jeszcze dwa stopy i bylem juz nad rzeka Orontes kolo dwoch podobnych norii, z tym ze na wsi. Tam gadki z mlodymi syryjczykami o babach i mala kapiel w brudnej wodzie :E i powrot do Hamy.
Tu kolejna niespodzianka - niebo bylo zasnute burzowymi chmurami, ktore jednak do miasta nie dotarly. Purpura na niebie i pioruny to i tak rzecz ktora wprawila mnie w genialny nastroj :)
No i oczywiscie zrobilem pranie, mam nadzieje ze wyschnie przed jutrzejszym transportem do Palmyry.

No comments:
Post a Comment